Jak już wiadomo, Waldemar Tomaszewski został zarejestrowany jako kandydat na prezydenta RL. Jak ogłoszono dzisiaj, uzbierał już potrzebne do wystartowania w wyborach 20 tys. podpisów poparcia swojej kandydatury.
Dziś Waldemar Tomaszewski jest niekwestionowanym liderem na Wileńszczyźnie. Liczą się z nim wszystkie polskie media, informują o nim, nawet nie tylko negatywnie, także media litewskie. Ostatnio nieco spoważniał, zaczął nosić krawat (jego brak internauci zarzucali Tomaszewskiemu podczas kampanii w wyborach do Sejmu w 2008 roku) i przestał z bojownika z aborcją robić swoją główną rolę. Ostatecznie zjednoczył polskie organizacje społeczne et cetera [1] - i dziś ma rzeczywiście dużą władzę i poparcie [2].
Dlatego właśnie uważam, że Waldemar Tomaszewski powinien był się z wyborów wycofać zaraz po zatwierdzeniu przez GKW jego kandydatury. Już na tych wyborach osiągnął wszystko, co było do osiągnięcia - został pierwszym w historii Polakiem ubiegającym się o fotel prezydenta Litwy, a także pokazał światu oszołomstwo niektórych członków Głównej Komisji Wyborczej, która jednak w końcu doszła do wniosku, że jednak mamy państwo demokratyczne. Oczywiście, prymitywizmem byłoby argumentowanie tego tym, że i tak nie ma szans na zostanie pierwszym w historii Litwy prezydentem-Polakiem. Bo taki argument uważam za idiotyczny - szanuję prawo pana Tomaszewskiego do startowania w jakichkolwiek wyborach, a prawo wyborców do oddawania na niego głosu.
Uważam, że Waldemar Tomaszewski powinien był zrezygnować właśnie dlatego, że jest niekwestionowanym liderem Wileńszczyzny. By lepiej to wyjaśnić, proponuję rozważyć dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze przebiegu wyborów, właśnie koncentrując się na kandydacie-Polaku.
Na początek niewielkie wprowadzenie. Kandydaturze Waldemara Tomaszewskiego zdecydowanie najwięcej uwagi poświęcają media polskie na Litwie (tu pod tym względem jest bezkonkurencyjny), ale też media w Polsce (też chyba zdecydowanie najwięcej ze wszystkich kandydatów). Co ciekawe, w mediach litewskich też dużo uwagi poświęca się kandydatowi-Polakowi - zaczynając od największych portali, a na programach rozrywkowych kończąc - można się nawet pokusić o stwierdzenie, że ustępuje tylko faworytce wyborów, Dali Grybauskaitė. Można zatem stwierdzić, iż o kandydaturze Tomaszewskiego wie cała Litwa.
Scenariusz 1. Mnóstwo osób, w dużej mierze niechodzących na wybory, deklaruje, że dla jaj zagłosuje na Tomaszewskiego. Jest to w dużej mierze elektorat, który polityką się nie interesuje, na wybory nie chodzi, aczkolwiek lubi na władzę ponarzekać. Przypuśćmy zatem, że, poza stałym elektoratem AWPL, na Tomaszewskiego zagłosują także jajcarze z całej Litwy. Nawet mając na uwadze, iż na wyborach prezydenckich frekwencja bywa wyższa, niż parlamentarnych czy samorządowych, Tomaszewski w takiej sytuacji powinien przekroczyć granicę poparcia 5%, tak jak chce.
Głosy jajcarzy, oddane na Tomaszewskiego, mogą jednak sprawić, że dojdzie do drugiej tury wyborów, zanim wygra Dalia Grybauskaitė. W takiej sytuacji Litwa straci miesiąc, który w dobie kryzysu jest czasem niezwykle ważnym. Społeczeństwo litewskie naturalnie będzie szukać winnych, a "usłużni" wskażą palcem na Tomaszewskiego. I nikt wtedy nie będzie pamiętać, że większość głosów zebrał wśród głosujących dla jaj Litwinów. Winni będą Polacy.
Gdyby jednak do drugiej tury nie doszło, Tomaszewski i tak by stracił - stałby się politykiem, na którego głosowano dla jaj, zupełnie, jak współrządząca dziś w Sejmie RL Partia Wskrzszenia Narodu, czyli showmeni. I tak, jak żart jest śmieszny tylko za pierwszym razem, tak i pozycja Waldemara Tomaszewskiego stałaby się mniej pewna. Ostatecznie, AWPL stara się uchodzić za poważną partię, i zajmować się poważnymi problemami. Niepoważny lider mógłby być niewygodny.
Scenariusz 2. Waldemar Tomaszewski zbiera 1-2, może 3% głosów. Scenariusz ten jest możliwy, bo, mimo iż Tomaszewski jest na Wileńszczyźnie niekwestionowanym liderem, nie wszyscy go lubią. Ba - można się nawet pokusić o stwierdzenie, że nie wszyscy Polacy, tworzący elektorat AWPL, lubią Tomaszewskiego. Bo w wyborach samorządowych czy parlamentarnych oddają głos na partię i jej program (jakikolwiek by nie był), a w prezydenckich - na konkretną osobę. Poza tym - dużo osób może uznać, że nie ma sensu głosować za kimś, kto i tak nie wygra, a jajcarze sobie pogadają o głosowaniu na Tomaszewskiego, a na wybory i tak nie pójdą. Zbieranie podpisów nie poszło łatwo, bo jednak w ciągu ponad tygodnia zebrano 20 tysięcy, a nie 40, jak się odgrażano - a te trudności, mając na uwadze ludzki potencjał, jakim dysponuje AWPL, dają nieco do myślenia.
Co oznaczałoby dla lidera partii zebranie mniejszej ilości głosów, niż partia? Szczególnie ilości znacząco mniejszej? Że jest kiepskim liderem. Nie ma co się łudzić - rządy Tomaszewskiego na Wileńszczyźnie by się z tego powodu nie skończyły, ale z pewnością dodałoby to odwagi jego adwersarzom - także wewnątrzpartyjnym - i jego pozycja zostałaby mocno osłabiona.
Jak więc można wywnioskować z zaprezentowanych przeze mnie scenariuszy - wybory prezydenckie mogą Waldemarowi Tomaszewskiemu bardziej zaszkodzić, niż przynieść korzyści (i koszt kampanii wyborczej wcale nie jest w tej sytuacji rzeczą szczególnie ważną). Dlaczego więc bierze udział?
Przypomnijmy, jak wyglądało wystawienie kandydatury Tomaszewskiego. Na początku lutego doroczny zjazd AWPL postanowił, iż skoncentruje się na wyborach do europarlamentu, a na wybory prezydenckie partia swego kandydata nie wystawi. Niecały miesiąc później, bo 3 marca, Rada Naczelna AWPL typuje Tomaszewskiego na kandydata na prezydenta.
Miesiąc to sporo czasu na zmianę decyzji. Oczywiście, Tomaszewski mógł dopiero po zjeździe AWPL zauważyć, że jest już w odpowiednim wieku, by ubiegać się o stanowisko prezydenta - w co wątpię, bo Tomaszewski nie jest kompletnym debilem. Mógł zatem się zdecydować na udział w wyborach jako happening - sprawdzenie GKW i zostanie pierwszym w historii Polakiem, który się ubiega o stanowisko prezydenta RL. Bo absulutnie nic ponad to w tych wyborach Tomaszewski nie ma szans uzyskać. Tyle tylko, że w takim wypadku od razu po przyjęciu jego kandydatury przez GKW z wyborów by się wycofał, ogłaszając w mediach zawczasu przygotowany tekst, w którym by przeprosił wyborców i wyjaśnił, że udział w wyborach był probierzem demokratyczności Litwy et cetera.
Dlaczego więc Waldemar Tomaszewski się nie wycofał? Czy uwierzył, że rzeczywiście ma w tych wyborach coś do zyskania? Wątpię, by uwierzył sam. A na myśl przychodzi mi tylko jedna osoba, która mogła Tomaszewskiego przekonać o jego wielkich szansach i dziejowej misji w tych wyborach - bo ta osoba potrafi o takich rzeczach przekonać każdego. I podejrzewam, że byłoby tej osobie na rękę, gdyby Tomaszewski przestał być liderem silnym i pewnym siebie. Kto by w takiej sytuacji stracił? Oczywiście, Waldemar Tomaszewski, ale także pośrednio wszyscy Polacy na Litwie. I dlatego uważam, że kandydat-Polak powinien był stać się eks-kandydatem.
[1] Chodzi o to, że dziś z Waldemarem Tomaszewskim musi się liczyć każda ważniejsza polska organizacja społeczna - nawet ZPL. I tak jest chyba po raz pierwszy od praktycznie założenia ZPL - bo przez większą część historii obie organizacje były powiązane, i to mocno, ale jednak nadal funkcjonowały autonomicznie. Dziś coraz bardziej zlewają się w jede twór.
[2] Jako pierwszy polski polityk na Litwie nie jest ignorowany przez media litewskie - to już dużo. I mimo pewnego strachu przed kamerami i pyskatości (vide nazwanie Gintarasa Songaily donosicielem w telewizji), potrafi całkiem dobrze mówić po litewsku i dosyć składnie się wyrażać. Nie jest charyzmatycznym liderem, ale wydaje mi się, że dla prostych ludzi z podwileńskich wiosek staje się przez to tylko bardziej swojski.